środa, 2 lipca 2014

Pokój, czy kapitulacja?

Media trąbią dzisiaj o negocjacjach w sprawie zawieszenia broni na Ukrainie, trzymając kciuki za powodzenie rozmów Kijowa, Moskwy, Berlina i Paryża. Jakkolwiek pokój i dialog zawsze powinny być celem w każdym kryzysie i konflikcie, to jednak czasem trzeba o nie najpierw zawalczyć. W aktualnej sytuacji takie rozmowy mogą prowadzić do kompromisu, w którym Ukraina będzie zmuszona do poważnych wyrzeczeń w zamian za pokój. Który zresztą nie będzie dany raz na zawsze, a poniesiony koszt stanie się już faktem. Mówiąc wprost, Niemcy i Francja „oddałyby” Rosji wschodnią część Ukrainy, aby doprowadzić do stabilizacji regionu, co później będą mogły przedstawić, jako swój sukces. To „oddanie” oczywiście nie musi (i najpewniej nie będzie) wyglądać, jak w przypadku Krymu, ale może przyjąć kształt podobny do sytuacji w Mołdawii (mołdawskie Naddniestrze formalnie nie jest osobnym podmiotem państwowym, jednak nie jest też kontrolowane przez Kiszyniów, stacjonują tam rosyjskie wojska, a władze w Tyraspolu uważają się za niezależne).
               Obecnie wskazane byłoby kontynuowanie zdecydowanej ofensywy Kijowa przeciwko rosyjskim separatystom. Konieczne jest wyeliminowanie, rozbicie, czy też rozwiązanie wszelkich „niepaństwowych” grup zbrojnych. Istnienie takich organizacji uniemożliwia sprawowanie kontroli nad krajem i mocno podkopuje autorytet władz ukraińskich. Dopiero po wykonaniu tego niełatwego zadania będzie można zasiąść do stołu rozmów z przedstawicielami grup chcących większej decentralizacji Ukrainy. Nie można natomiast całkowicie stłumić, a tym bardziej lekceważyć ruchów separatystycznych, ponieważ wtedy zaczną się konsolidować i staną się groźniejsze (w sytuacji zagrożenia i presji po prostu nie będą miały innego wyjścia). Decentralizacja odbywałaby się pod kontrolą Kijowa, a gdy we wschodnich regionach i na granicy z Rosją ukraińska armia zajmie miejsce nielegalnych bojówek, Moskwa będzie miała ograniczony wpływ na przebieg wydarzeń. Ukraina nie może pozwolić na funkcjonowanie zbrojnych ugrupowań niezależnych od rządu w Kijowie (zarówno rosyjskich separatystów, jak i ukraińskich nacjonalistów). Najdobitniejszym przykładem jest sytuacja w Iraku, gdzie aktualnie część kraju przejęły sunnickie bojówki. Ich siła wzięła się z poczucia dyskryminacji wśród mniejszości sunnickiej po interwencji wojsk amerykańskich i brytyjskich. Po obaleniu Saddama Husajna (sunnity) Amerykanie chcieli jak najszybciej ustabilizować sytuację w kraju i zgodzili się na powstanie licznych szyickich ugrupowań zbrojnych (np. stworzona przez Muqtadę al‑Sadra armia Mahdiego, która dziś dumnie paraduje ulicami Bagdadu). Te z kolei wzięły odwet na rządzących do niedawna sunnitach, co zmusiło tych ostatnich do mobilizacji i samoobrony w postaci własnych ugrupowań zbrojnych. To samo może mieć miejsce na Ukrainie, gdy władze centralne pozwolą na formowanie się bojówek, które będą się wzajemnie zwalczały. Konsekwencją będzie włączenie się w walkę całych grup społecznych (w tym wypadku ukraińskich Rosjan z nacjonalistami) i piętrzenie się wzajemnych krzywd i nienawiści.
               Kluczową sprawą jest w tym wypadku dialog pomiędzy wszystkimi grupami na Ukrainie (mam tu na myśli ugrupowania polityczne, grupy etniczne, wspólnoty religijne, etc.) i oczywiście podział władzy, który jest nieunikniony. Od władz w Kijowie zależy wyłącznie to, w jaki sposób te procesy będą przebiegać. Gdy któraś z grup poczuje się dyskryminowana, zacznie walczyć z władzami centralnymi, co doprowadzi Ukrainę do punktu, w którym jest dzisiaj. Moment na zdecydowaną walkę z bojówkami i następnie dialog wydaje się być idealny. W powszechnych wyborach został wybrany prezydent, które nie jest identyfikowany z żadnym ze skrajnych ugrupowań. A na starcie ma okazję pokazać siłę i zdecydowanie, co będzie go legitymizować w oczach społeczeństwa, jako wystarczająco silnego do rządzenia krajem. Później jednak musi pełnić rolę mediatora, który nie będzie się opowiadał po żadnej ze stron, mając jedynie na względzie jedność państwa i stabilizację. Tu po raz kolejny przestrogą może być Irak, gdzie premier Nuri al‑Maliki (szyita) wyraźnie wspierał ugrupowania szyickie, dyskryminując zarówno sunnitów, jak i Kurdów (którzy w znacznej mierze przyczynili się do szybkiego obalenia Saddama). Taka polityka doprowadziła do sytuacji, w której władze centralne nie kontrolują już kraju, a jedynym ratunkiem jest pomoc z zewnątrz (z USA lub z Iranu).

I to ponownie doprowadzi nas do punktu wyjścia, kiedy o losach Ukrainy będą decydować Niemcy, Francuzi, Rosjanie, Amerykanie… A wszyscy oni będą widzieć przyszłość Ukrainy przez pryzmat własnych interesów, które niekoniecznie muszą być tożsame z interesem samych Ukraińców. Zwłaszcza, że oni również są w tej kwestii podzieleni.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Wiadomości z ostatniej chwili!

Wiadomości z ostatniej chwili podane przez agencję AP (Absurd Press):
  • Przywódca Korei Północnej, Kim Dzong Un złożył skargę do Międzynarodowego Trybunału Praw Człowieka na własne społeczeństwo. Jest zażenowany faktem, że ludzie wciąż zbyt dużo jedzą i w związku z tym w państwie szerzy się głód. W dodatku za mało płaczą na widok obrazu Kim Ir Sena, co ma bardzo negatywny wpływ na rozwój kraju.
  • Władze syryjskie donoszą do ONZ na swoich obywateli, że bezprawnie uchylają się przed strzałami wojsk rządowych. Mieli też czelność chować się w piwnicach podczas niedawnego ataku chemicznego. Przedstawiciel władz wyraził ubolewanie nad bezmyślnością i nieodpowiedzialnością własnych obywateli, którzy uniemożliwiają skuteczne realizowanie polityki rządu, mającej na celu szybkie zakończenie konfliktu.
  • Przywódcy islamskiej sekty Boko Haram wytykają rządowi Nigerii fatalną politykę w dziedzinie transportu publicznego. Ich zdaniem doprowadziło to do stosunkowo niskiego zainteresowania obywateli korzystaniem ze środków komunikacji publicznej. To z kolei spowodowało, że w wyniku przeprowadzonego ostatnio przez tę organizację zamachu na dworcu autobusowym zginęło jedynie 200 osób (pesymiści twierdzą nawet, że tylko ok. 70). Jednocześnie Boko Haram zaapelowało, aby państwo było lepiej przygotowane do następnego zamachu.
  • Watykan wyraził oburzenie wobec oskarżeń wysuwanych przez ofiary pedofilii księży katolickich. Domaga się ich potępienia przez międzynarodową opinię społeczną. Twierdzi, że są nieuprawnione, gdyż Watykan nie ma w swoich kodeksach definicji takiego przestępstwa. Jednocześnie przedstawiciele Stolicy Apostolskiej wykazują duży spokój, apelując do ofiar o powściągliwość w imię miłości bliźniego.
  • Przedstawiciele zbrojnych grup rebeliantów w Republice Środkowej Afryki żądają potępienia działań władz oraz pokojowych sił międzynarodowych, które bezprawnie próbują z nimi walczyć. Takie działania skutecznie uniemożliwiają zabijanie cywilów, którzy i tak są trudnym celem, ponieważ dość szybko emigrują do sąsiednich państw.
  • Władze rosyjskie zaapelowały do członków ONZ o potępienie rozpoczęcia przez rząd ukraiński akcji antyterrorystycznej skierowanej przeciwko rosyjskim dywersantom z oddziałów GRU. Moskwa uznała działania władz ukraińskich za niekonstytucyjne. Nie trzeba dodawać, że taka akcja jest ewidentnie wymierzona w konstytucyjną zgodę rosyjskiej Dumy dla prezydenta Rosji na użycie siły na terytorium Ukrainy. Społeczność międzynarodowa może mieć jedynie nadzieję, że Ukraina zacznie wreszcie postępować honorowo i pozwoli siłom rosyjskim w spokoju wyznaczyć nową granicę między obydwoma państwami.

Putin? Business as usual!

W miarę jak konflikt na Ukrainie przechodzi kolejne etapy i opinia publiczna jest już całkowicie przekonana, że Rosja odgrywa w nim rolę mąciwody, nikt nie wspomina o tym, jakie interesy może w ten sposób realizować. Przedstawia się prezydenta Federacji Rosyjskiej, jako niezrównoważonego dyktatora, który niczym szalony czarodziej, w ekstazie ogląda w swojej szklanej kuli mapę odrodzonego Związku Radzieckiego. Wizja ta jest podpierana opinią kanclerz Niemiec oraz ciągłym przypominaniem słów samego Putina o „największej katastrofie geopolitycznej”, jaką miał być upadek ZSRR. Nie można się dziwić słowom prezydenta, gdyż na pewno lepszym rozwiązaniem dla Rosji byłoby utworzenie federacji wraz ze wszystkimi byłymi republikami radzieckimi, niż uzyskanie przez nie całkowitej niepodległości. W dodatku niektóre z tych nowych państw weszły w skład sojuszy (wojskowego – NATO i ekonomiczno-politycznego - UE), realizujących interesy sprzeczne wobec polityki Kremla.
Obraz szalonego dyktatora Putina jest bardzo daleki od rzeczywistości. Analizując jego działania (w zasadzie przez cały okres rządów – zarówno, jako prezydenta, jak i premiera), wyraźnie widać chłodną kalkulację i bezwzględny rozsądek w działaniu. Przerażające są jednak środki, których używa do realizacji swoich celów. Dzięki takim sposobom działania zachodnia prasa może przedstawiać rosyjskiego prezydenta, jako opętanego, nieprzewidywalnego potwora, który pod swoimi zakrwawionymi pazurami trzyma przycisk odpalający rakiety z głowicami nuklearnymi. Jednak rzeczywistość jest znacznie mniej spektakularna i dużo bardziej niepokojąca. Głównie ze względu na silną determinację i ogromną skuteczność dotychczasowych działań Kremla.
Taka właśnie bezwzględna polityka jest aktualnie prowadzona wobec Ukrainy. A celem jest utworzenie bezpiecznego korytarza transportu kaspijskiej ropy i gazu do Europy. Nie ma tu znaczenia rzekoma chęć odbudowania rosyjskiego imperium, ani tzw. korzyści wizerunkowe ekipy rządzącej wewnątrz Rosji. Przeciwnie takie posunięcie mogło mieć fatalne konsekwencje, głównie w relacjach z zagranicą. Jednak stawka jest zbyt wysoka by przejmować się przejściowymi problemami w sferze PR. Na szali wisi przyszłość Rosji.
Jak ważny jest stały i stabilny dostęp do surowców energetycznych najlepiej widać podczas wojny, gdy przemysł oraz działania wojskowe są uzależnione od regularnych dostaw ropy i gazu. W czasach pokoju najważniejsze okazuje się nie samo posiadanie zasobów surowców, ale możliwości ich eksportu. Istotny jest kształt sieci dystrybucji, gdyż od tego zależy wysokość marży. W uproszczeniu: najkorzystniej jest być monopolistą i sprzedawać swój produkt końcowym odbiorcom bez pośredników. Jednak surowce, tak jak każdy produkt trzeba przetransportować do odbiorcy i nie da się wtedy uniknąć choćby opłat za przewóz albo ryzyka związanego z transportem przez „obce” terytorium. Chyba, że kontrolujemy szlaki transportu. Dobrze wiedzą o tym Amerykanie i Brytyjczycy, a ta świadomość objawia się w kontroli nad Kanałem Panamskim (interwencja zbrojna USA w 1989r.), Kanałem Sueskim i cieśniną Bab el-Mandeb (interwencja W. Brytanii w 1956r. po nacjonalizacji Kanału przez prezydenta Egiptu), cieśniną Ormuz (pierwsza i druga wojna w Zatoce Perskiej, stała obecność amerykańskich baz wojskowych na Bliskim Wschodzie – m.in. Irak, Kuwejt, Oman, Arabia Saudyjska, Dżibuti) oraz w przyjaznych stosunkach USA i Izraela (do izraelskiego portu w Hajfie prowadzi jedyny ropociąg z Zatoki Perskiej bezpośrednio do Morza Śródziemnego). Ze szkoły pamiętamy, jak często mówiono o znaczeniu cieśnin Bosfor i Dardanele (jedyny szlak morski prowadzący z Morza Czarnego do Morza Śródziemnego). Rosja przez wieki prowadziła wojny z Turcją, aby móc kontrolować ten morski szlak handlowy i nie płacić za przewóz towarów przez cieśniny.
Drugą ważną kwestią umożliwiającą handel są różnego rodzaju umowy międzynarodowe. Wymienić tu należy traktaty europejskie (Unia Europejska) oraz porozumienie NAFTA. Jako alternatywę dla tych organizacji Rosja zainicjowała powstanie Układu o Budowie Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej, która jednak okazała się mało skuteczna (z wielu powodów, których nie mam sensu tu wymieniać). W atmosferze negocjacji USA i Unii Europejskiej na temat zawarcia największej na świecie unii handlowej (oraz amerykańskich planów zniesienia zakazu eksportu surowców energetycznych), Moskwa podjęła zdecydowane kroki. W trybie ekspresowym stworzyła Unię Celną pod własnym przewodnictwem. Wejście do tej organizacji Białorusi wydawało się oczywiste (tworzy z Rosją m.in. Państwo Związkowe), jednak musiało zostać wymuszone poprzez różnego rodzaju naciski ekonomiczne i polityczne. Po zastosowaniu wszystkich dostępnych środków, Rosja osiągnęła swój cel. Trzecim członkiem Unii został Kazachstan, istotny, jako producent surowców energetycznych. W tym wypadku akcesja wydawała się przejść gładko i bez oporów. W rzeczywistości Moskwa dość drastycznie przekonała Kazachstan, że jedyna droga sprzedaży surowców do Europy prowadzi przez terytorium rosyjskie.
Dowiadując się z mediów o wojnie Rosji z Gruzją z 2008 roku, po raz kolejny dostajemy informacje o wrogości prezydentów Putina i Sakaaszwilego, jako impulsu do wybuchu konfliktu. A jedynym trofeum Moskwy ze zwycięstwa miałyby być regiony Abchazji i Osetii Południowej. W tych regionach nie ma nic, co przyniosłoby Rosjanom jakiekolwiek wymierne korzyści. Kreml musi za to finansować ich gospodarki i rozwiązywać tamtejsze problemy polityczne i społeczne. Wojna w Gruzji była ostrzeżeniem i demonstracją determinacji rosyjskich władz. Aktualnie surowce z Kazachstanu mogą być transportowane na zachód albo przez terytorium Rosji (ropociągi CPC Tengiz-Noworosyjsk i Atyrau-Samara), albo przez Azerbejdżan i Gruzję (do portu w Baku i dalej ropociągiem Baku-Tbilisi-Ceyhan (BTC) oraz gazociągiem Baku-Tbilisi-Erzurum (BTE). Również Azerbejdżan może dostarczać surowce do Europy jedynie dwiema trasami: Baku-Machaczkała-Noworosyjsk lub BTC i BTE. Znamienna w tym wypadku jest m.in. niedawna modernizacja (podwojenie przepustowości) tego pierwszego ropociągu i zwiększenie przesyłu surowca z Baku do Rosji. Oprócz zysków ze sprzedaży ropy i gazu do Europy Kazachstan ma w tym też inny interes – musi zapewnić dostawy ropy do swojej rafinerii w Rumunii (właścicielem rafinerii jest Rompetrol, spółka-córka KazMunaiGaz). Oznaką podporządkowania się Astany wobec strategii Moskwy może być np. rezygnacja z budowy przez KazMunaiGaz z budowy rafinerii w gruzińskim Batumi.
Mając na uwadze istnienie dużych zasobów surowców w rejonie Morza Kaspijskiego (Kazachstan, Azerbejdżan, Turkmenistan) oraz ograniczone możliwości ich transportu na zachód, dochodzimy do konkluzji, że kluczowe staje się stworzenie i kontrolowanie tras przesyłu. W tym celu Rosja stworzyła projekt budowy gazociągu South Stream, który miałby zaopatrywać południe Europy w surowiec kaspijski. Siostrzany projekt został już z sukcesem zrealizowany na północy Europy w postaci gazociągu Nord Stream. Impuls do stworzenia South Stream dał projekt lobbowany przez Unię Europejską – gazociąg Nabucco. Miałby on przesyłać gaz do Europy z Turkmenistanu i/lub Kazachstanu do Azerbejdżanu (przez Morze Kaspijskie) i dalej przez Gruzję i Turcję. W ten sposób omijałby on Rosję. Aktualnie Moskwa może sprzedawać gaz tylko poprzez Białoruś lub Ukrainę. Projekt South Stream zakłada budowę rurociągu przez „środek” Morza Czarnego z miejscowości Beregovaya (niedaleko Noworosyjska) do Bułgarii i dalej na Bałkany i na południe Europy (i nawet do Austrii). Omijałby w ten sposób Ukrainę, jednak przebiegałby blisko Krymu. W dodatku gaz (zarówno z Rosji, jak i z Kazachstanu) dociera do Morza Czarnego poprzez gazociągi Blue Stream i Soyuz, a zatem przez wschodnie terytoria Ukrainy.
Rosja walczy więc o możliwość stworzenia monopolu dostaw surowców energetycznych do Europy. W przypadku budowy South Stream, europejski projekt Nabucco straci rację bytu. Aby Moskwa mogła zrealizować swoje plany, musi przejąć kontrolę nad Morzem Czarnym oraz wschodnią i południową Ukrainą. Chciała to zrealizować przez akcesję Kijowa do Unii Celnej. W związku ze sprzeciwem ukraińskiego społeczeństwa wobec takiego pomysłu, Kreml zdecydował się na rozwiązanie siłowe. Wynikiem jest aneksja Krymu i akcje dywersyjne na południu i wschodzie Ukrainy. Zamienny jest tutaj fakt, że w przypadku Abchazji i Osetii Południowej Moskwa nie zdecydowała się na wcielenie ich do Federacji (mimo wielokrotnych próśb władz abchaskich i południowoosetyjskich). Rosja po prostu nie ma w tym żadnego interesu. Wkroczyła do Gruzji, aby dać sygnał w regionie, że to Kreml kontroluje sytuację na terenie całego Kaukazu i żadne istotne decyzje nie mogą być podejmowane bez udziału władz rosyjskich. Inwestorom europejskim (zaangażowanym w projekt Nabucco) pokazała natomiast, że trasa przesyłu gazu przez Gruzję jest bardzo ryzykownym projektem.

Prezydent Putin realizuje zatem swoje plany bez względu na napotykane po drodze przeszkody. Wie przy tym na ile może sobie pozwolić i działa bardzo zdecydowanie. Jednocześnie świetnie realizuje „zasłonę dymną” w relacjach z zachodem poprzez swojego wirtuoza dyplomacji Siergieja Ławrowa. Prowadzi intensywny dialog ze społecznością międzynarodową, rzekomo w celu deeskalacji sytuacji na Ukrainie, jednocześnie dyskredytując działania władz ukraińskich oraz partnerów międzynarodowych. Tymczasem konsekwentnie realizuje swoją strategię, pokazując, że nie boi się gróźb ze strony NATO. Podczas gdy Rosja tworzy monopol w zakresie sprzedaży surowców do Europy, zachodni przywódcy boją się nawet przyznać, że w całym tym konflikcie i przeciąganiu Ukrainy z zachodu na wschód chodzi po prostu o pieniądze z handlu ropą i gazem. Ostatnio bardzo nieśmiało przyznali to Amerykanie wpisując na swoją „czarną listę” (chodzi o Rosjan i Ukraińców z zakazem kontaktów z obywatelami amerykańskimi) Igora Sieczina. Jest on szefem koncernu Rosneft’ (największa rosyjska firma naftowa), a do niedawna był też ministrem energetyki. Jest bardzo prawdopodobne, że był mocno zaangażowany w operację na Ukrainie, a może nawet jej strategiem. Swoją skuteczność udowodnił podczas likwidacji Jukosu. Rosnieft’ powstał właśnie z przejęcia majątku i złóż należących do koncernu Michaiła Chodorkowskiego (zresztą poprzez bardzo mgliste transakcje). Wygląda na to, że operacja na Ukrainie jest tylko taktycznym posunięciem w wieloletniej strategii tworzenia sieci produkcji i dystrybucji ropy i gazu, pod kontrolą rosyjskiej elity władzy. I podczas gdy europejskie media i politycy zajmują się analizą możliwych rozwiązań ukraińskiego konfliktu, Kreml działa według brytyjskiej dewizy „business as usual”.

niedziela, 13 maja 2012

W obronie wolności ... własnych


Bulwersujące zachowania i komentarze polityków (nie tylko polskich) to niby nic nowego, ale ostatnio cynizm, hipokryzja i lekceważące podejście do swoich obowiązków sięga zenitu. Pretekstem do zaprezentowania swojego politycznego refleksu stała się sprawa Julii Tymoszenko. Po pierwsze chciałbym zaznaczyć, że nie mam złudzeń, iż była premier Ukrainy została skazana dlatego, że jest głównym przeciwnikiem rządzącej Partii Regionów. Jednak jej niewinność jest rzeczą wielce wątpliwą. Zwolennicy pani Tymoszenko próbują przedstawić ją jako ludową bojowniczkę o wolność i prawdę. Nie trzeba jednak głęboko grzebać w jej życiorysie, aby przekonać się, że z ludowością ma niewiele wspólnego. Dużo się teraz mówi o oligarchach ukraińskich i ich bezsprzecznym wpływie na rządzenie krajem. Znaczna większość opinii jest negatywna. Tak czy inaczej z całą pewnością nie są oni głosem ludu. I Julię Tymoszenko można spokojnie ustawić w jednym szeregu z Rinatem Achmetowem, Dmytro Firtaszem i Wiktorem Pińczukiem. Na pewno nie jest ona ukraińskim wydaniem Lecha Wałęsy.
Do przewidzenia było to, że większość polityków spróbuje wykorzystać wyrok na Julii Tymoszenko, aby promować się jako obrońcy sprawiedliwości na świecie. Nie mnie oczywiście oceniać wyrok na byłej premier. Nie czytałem akt sprawy, nie mam odpowiednich kompetencji dla jej oceny. Wiem natomiast jedno – jeśli Tymoszenko podpisała umowy, które przyniosły szkody państwu ukraińskiemu, to powinna być osądzona z całą surowością. I wiem też, że skandaliczna wypowiedź prezydenta Komorowskiego o potrzebie zmiany ukraińskiego prawa tak, aby nie można było zastosować odpowiedzialności karnej wobec polityków, nie powinna mieć nigdy miejsca. Osobiście uważam, że takie zapisy prawne powinny być międzynarodowym standardem.
Politycy są politykami z własnego wyboru i z założenia mają działać dla dobra publicznego. Otrzymują bardzo wysokie uposażenia i liczne przywileje, ponieważ teoretycznie przyjmują na siebie ogromną odpowiedzialność, jaką jest współrządzenie krajem. Tymczasem w praktyce polskie prawo nie obciąża polityków żadną odpowiedzialnością za ich decyzje. Każdy człowiek odpowiada w pełni za swoje działania. Przykładowo zaciągam kredyt na zakup samochodu. Następnie moja firma zaczyna słabo prosperować i przestaję płacić raty kredytu. W najgorszym wypadku mogę za to znaleźć się w więzieniu. Moja decyzja – moje konsekwencje.
Natomiast decyzje polityków mają wpływ na życie milionów ludzi i funkcjonowanie całego kraju (a często także innych krajów). Jeśli rządzący podejmują błędne decyzje, to powinni za nie odpowiadać osobiście, a nie tylko politycznie. Dymisja i odprawa nie wydaje mi się karą adekwatną. Zresztą nawet odpowiedzialność polityczna jest fikcją. Ponieważ poseł, który nie został wybrany na kolejną kadencję, otrzymuje 3-miesięczną odprawę oraz szansę na pełnienie funkcji w ministerstwach lub radach nadzorczych. Przypomnę jeszcze, że politycy przy podejmowaniu decyzji mają praktycznie nieograniczone możliwości korzystania z porad ekspertów oraz sztabu doradców.
Nie chciałbym, aby moje słowa zostały odebrane jako gloryfikacja systemu prawa na Ukrainie, czy poparcie poczynań prezydenta Janukowycza. Jednak zapis o odpowiedzialności karnej za decyzje polityczne mógłby pozytywnie wpłynąć na standardy postępowań rządzących. Oczywiście jeśli będzie odpowiednio egzekwowany. Tymczasem słyszymy szokujące wypowiedzi ministra sprawiedliwości o zniesieniu kar dla polityków składających nieprawdziwe zeznania majątkowe. Powód? Prawie nie ma skazań za ten czyn. I tym sposobem wg ministra Gowina przepis jest martwy. W takim razie proponuje, aby gdy pewnego dnia „prawie nie będzie skazań” za morderstwo, to również znieśmy karę za to przestępstwo.

wtorek, 31 stycznia 2012

Amerykańskie gry wojenne


Dziennik „Washington Post” w poniedziałek zaczął bić na alarm – zdolności obronne NATO zostaną mocno osłabione! Chodzi o drastyczne cięcia w budżecie Pentagonu oraz praktycznie wszystkich państw europejskich. Zmniejszenie wydatków na armię w najsilniejszych krajach Sojuszu Północnoatlantyckiego jest efektem światowego kryzysu finansowego. W związku z problemami ze stabilnością finansów publicznych większości rozwiniętych państw świata (jednak nie tylko tych), władze podjęły oczywisty krok w celu zahamowania coraz większego zadłużenia.
Tymczasem amerykańska gazeta ostrzega przed negatywnymi skutkami takich decyzji. Straszy zwiększeniem się zagrożenia dla bezpieczeństwa państw Sojuszu. Dodatkowo przytacza ostrzeżenia ambasadora amerykańskiego przy NATO, że USA nie będą już tak hojnie finansować tego międzynarodowego sojuszu wojskowego. Jako przykład słabości militarnej Europy przytaczany jest przypadek blokady przestrzeni powietrznej podczas wojny domowej w Libii.
Jednak waszyngtoński dziennik nie precyzuje, przed jakimi konkretnie (nawet domniemanymi) zagrożeniami miałaby się Europa bronić. Śledząc na bieżąco wydarzenia na świecie, nie potrafię podać ani jednego przykładu. Bo ani Irak Saddama Husseina, ani Afganistan pod rządami Talibów nie był zagrożeniem dla Europy. Nie jest również zagrożeniem Iran pod rządami Ahmadinedżada i Khamenei. Ani Palestyna częściowo rządzona przez Hamas. Zagrożeniem nie jest także wykrwawiająca się, stojąca na grobem Korea Północna. Ani Kuba Raula Castro. To wszystko są „problemy” Ameryki. A pretensje w kierunku Europy, że Stany Zjednoczone finansują 75% budżetu NATO są szczytem bezczelności. USA będące najczystszym i najbardziej cynicznym wydaniem kapitalizmu nie angażują się (a tym bardziej nie finansują) żadnego projektu, który nie jest w ich interesie. Sojusz Północnoatlantycki służy wyłącznie interesom Amerykanów, a dokładnie amerykańskich koncernów zbrojeniowych. Gdyby finansowanie NATO z pieniędzy amerykańskich podatników nie dawało żadnych wymiernych korzyści, to ta organizacja już dawno by nie istniała.
Przed kim według „Washington Post” mielibyśmy się bronić? Który kraj na świecie może wystąpić zbrojnie przeciwko Europie? I w jakim celu? W dzisiejszych czasach wojna jest opłacalna tylko dla producentów uzbrojenia oraz usług i towarów „towarzyszących”. Jednak warunkiem jest to, że odbywa się na obcym terytorium.
Natomiast jeśli chodzi o zagrożenia dla Europy, to są to m.in. nadmierne zadłużenie państw, wzrost cen ropy i gazu, wewnętrzne niepokoje społeczne spowodowane pogarszającą się sytuacją gospodarczą. Zagrożeniem jest drastyczne spowolnienie rozwoju gospodarczego, wzrost bezrobocia i niewydolność systemów emerytalnych. Długo można jeszcze wymieniać, ale na żaden z tych problemów nie jest receptą wypełnianie arsenałów. Wręcz przeciwnie – zakup kosztownego uzbrojenia przyczyni się do szybszego upadku europejskich gospodarek. To samo spowoduje kolejna wojna na Bliskim Wschodzie (planowany amerykańsko-izraelski atak na Iran). Każdy konflikt w tym rejonie powoduje drastyczne zwyżki cen ropy i gazu. To natomiast napędza inflację, która pustoszy nasze portfele i zabija nasze gospodarki. To właśnie z powodu inflacji tak drogo kosztują nas kredyty – systematycznie podnoszone są stopy procentowe, aby zahamować wzrost cen.
Nie dajmy się namówić Amerykanom, abyśmy ratowali ich gospodarkę kosztem naszych! Brednie o grożących nam konfliktach zbrojnych można włożyć między bajki. Wszystkie aktualnie trwające konflikty na świecie mają miejsce z dwóch powodów – nabrzmiałych problemów ekonomiczno-społecznych oraz interwencji zbrojnych USA. Tych pierwszych nie rozwiąże się karabinem. Te drugie w ogóle nie mają być rozwiązane.

czwartek, 5 stycznia 2012

Kawior i koniec świata

Ledwo zaczął się Nowy Rok, a już jesteśmy bombardowani masą pesymistycznych wiadomości, prognoz i przepowiedni. Podsumowując je wszystkie – w tym roku albo nastąpi przepowiadany koniec świata, albo jego bankructwo. Sam nie wiem, co gorsze. Ale mówiąc całkiem poważnie, perspektywa nie rysuje się zbyt optymistycznie. Jednak najbardziej irytujące jest to, że przywódcy tego świata (zresztą przez nas wybrani) wcale nie próbują ułatwić nam życia. Jedyną optymistyczną informacją była spłata dużej części polskiego długu oraz udana emisja naszych obligacji. Jednak pozostałe wiadomości całkowicie gaszą ten nieśmiały optymizm.
Większość krajów europejskich oraz USA są na skraju bankructwa, co oczywiście w minimalnym stopniu dotyka tych odpowiedzialnych za zaistniałą sytuację. Mimo wszystko ceny wciąż rosną (w przeciwieństwie do wynagrodzeń). Na otarcie łez będziemy płacić większe podatki, a w przyszłości otrzymywać niższe emerytury (mimo, że będziemy pracować dłużej). Jak na razie nie słyszałem o zmniejszeniu diet poselskich (ani w polskim, ani w europejskim parlamencie). Wciąż czekam na taką informację.
Beneficjenci owych diet mają m.in. za zadanie rozwiązywać problemy gospodarcze w naszych państwach (mam na myśli Europę). Na pewno ważnym krokiem w tym kierunku była niedawno uchwalona francuska ustawa. Prezydent Sarkozy podpisał dokument mówiący, że każdy Francuz negujący fakt masakry Ormian przez Turków na początku XX wieku będzie podlegał karze. Wszyscy bardzo się z tego cieszymy. Drugorzędną sprawą są zbliżające się wybory prezydenckie we Francji i duża mniejszość społeczności ormiańskiej zamieszkująca ten kraj.
Równie pomocny w gaszeniu „pożaru finansowego” okazał się Barack Obama do spółki z amerykańskim Kongresem. Świadomie i z premedytacją od dłuższego czasu zaostrzają konflikt z Iranem – jednym z największych producentów i eksporterów ropy i gazu. A przez terytorium (morskie) tego kraju przebiega szlak transportu 20% światowego wydobycia czarnego złota. Amerykanie próbują wywołać kolejną wojnę, a ceny paliwa podskoczą tak wysoko, że europejska gospodarka wykrwawi się szybciej niż Hilary Clinton powie: „Business as usual”.
Tymczasem argumentacja interwencji zbrojnej jest stara, odgrzewana i już raz okazała się bzdurą wyssaną z palca. Niedawno Amerykanie wycofali się z sąsiedniego Iraku, który zaatakowali prewencyjnie w obawie przed bronią jądrową Saddama Husseina. Żadnej bomby nie znaleziono. Może została potajemnie przemycona do Iranu i trzeba ją tam teraz znaleźć. Tak więc konflikt jest nieunikniony. A kto będzie temu wszystkiemu winien? Zastanówmy się… Od pewnego czasu Waszyngton oskarża Teheran o pracę nad budową bomby jądrowej i z tego powodu nakłada na Persów coraz to nowe sankcje. I zmusza do tego inne kraje. Iran ostatecznie stracił cierpliwość i zagroził zamknięciem Zatoki Perskiej. Grozi to ograniczeniem dostaw ropy z Bliskiego Wschodu i tym samym ogromnym skokiem jej ceny. Tak więc za gospodarczy upadek Europy odpowiedzialny będzie Mahmud Ahmadinedżad i Ali Khamenei.
Odpuszczę sobie wyliczanie pozostałych problemów finansowych współczesnego świata, bo poziom przygnębienia niebezpiecznie wzrósł. A wszystkim naszym przywódcom w Nowym Roku życzę, aby przy następnej wspólnej kolacji udławili się kawiorem. To będzie taka współczesna Ostatnia Wieczerza.

środa, 23 listopada 2011

Co jest ważne?

Zastanawiam się ostatnio, dlaczego ludziom nie rosną głowy w miarę rozwoju cywilizacyjnego. Nigdy nie byłem prymusem z biologii, więc dlatego dziwne wydaje mi się, że mimo nieustannego wchłaniania milionów informacji dziennie, nasze głowy wciąż są tak małe. W dodatku trochę martwię się o te nasze głowy, bo informacji jest coraz więcej, a większość z nich jest tak przydatna, jak szczoteczka do zębów, gdy skończył się papier toaletowy.
Przeanalizujmy więc kilka ostatnich topowych informacji. Wiemy, że naszym piłkarzom miało zabraknąć orzełka na koszulkach. Jednak PZPN się ugiął i teraz dumnie z orłem na piersi nasza reprezentacja będzie grała o niebo lepiej, niż bez niego. Dowiedzieliśmy się także, iż krzyż wisi w Sejmie niezgodnie z Konstytucją. Teraz co pewien czas pojawiają się kolejne opinie i ekspertyzy w tej sprawie. Szokującą informacją była śmierć Hanki Mostowiak. Informacja ta była podawana przez wszystkie media, jako jedna z najważniejszych. Jednym z hitów było także to, że Jarosław Kaczyński nie lubi już Zbigniewa Ziobry, Jacka Kurskiego i Tadeusza Cymańskiego. Ci zaczęli zatem tworzyć nową partię, która będzie prawdziwą prawicą. W odróżnieniu od tej nieprawdziwej. Kolejny komunikat: „Wrona wylądował!”. Cały tydzień mogliśmy słuchać i obserwować, jak wygląda lądowanie awaryjne. Myślę, że dziś większość naszego społeczeństwa to eksperci w dziedzinie lotnictwa. Zwłaszcza po doświadczeniach z katastrofą w Smoleńsku. Każde polskie dziecko już wie, na jakiej zasadzie działa podwozie w samolocie.
Wartości powyższych informacji nie sposób przecenić. Ale w całym tym szumie próbuję doszukać się takich, które mają realny wpływ na moje życie. To sprawa niełatwa. Nie wiem na przykład, dlaczego ceny są tak wysokie, choć ludzie są coraz biedniejsi. Czemu cena benzyny jest taka sama, jak w Niemczech mimo, że koszty transportu ropy są znacznie niższe? Dlaczego politycy, chcąc wspomóc polską gospodarkę, podwyższają wszystkim podatki, hamując tym samym wszelkie inicjatywy do działania? Dlaczego w celu zmniejszenia bezrobocia podwyższane są koszty zatrudnienia pracowników? Jak to możliwe, że w przypadku boomu gospodarczego najwięcej zyskują najbogatsi, a w kryzysie najwięcej tracą najbiedniejsi? Czemu w czasach hossy owoce dobrych czasów zbierają bogaci, a koszty bessy ponoszą ubodzy?
Ja jestem jeszcze młody i nie mam takiej wiedzy, żeby odpowiedzieć sobie na te pytania. Ale w świecie mediów pracuje wiele inteligentnych osób, które w dodatku mają możliwość kontaktu z największymi umysłami w Polsce (a może i na świecie). Gdyby ktoś mógł się chociaż nad tym pochylić… A potem zrobić szum w mediach. Jestem pewien, że wszyscy by słuchali z zapartym tchem.