czwartek, 21 sierpnia 2014

Zestrzelmy wspólnie kolejny samolot!

Kraje Unii Europejskiej oraz kilka innych państw (np. USA, Kanada, Japonia) wprowadziły wobec Rosji sankcje ekonomiczne i polityczne. Dlaczego?... No właśnie! Jak na to pytanie odpowiadaliby sami obywatele Wspólnoty? Toczymy wojnę ekonomiczną z Moskwą w związku z rywalizacją w handlu międzynarodowym w jakimś regionie świata? Nic mi o tym nie wiadomo. Dlatego, że jest to aktualnie w naszym interesie? Wręcz przeciwnie – również ponosimy straty z tego tytułu. Czy chcemy ratować nasz rynek wewnętrzny przed zalewem tanich towarów zza wschodniej granicy? Taka sytuacja nie ma miejsca. Unia ma dodatnie saldo w handlu z Federacją Rosyjską (tzn., że więcej eksportujemy niż importujemy). W dodatku większość importu z Rosji to nieprzetworzone surowce.
Myślę, że większość szybko odpowie, że powodem jest po prostu moralność i europejskie umiłowanie wolności. Blokujemy wymianę handlową z Rosją, ponieważ chcemy zaprotestować przeciwko prowadzonej przez Kreml polityce wobec Ukrainy. W wyniku walk ukraińskiej armii z separatystami wspieranymi przez Moskwę zginęło już nieco ponad 2 tys. osób, z mniej więcej połowa to cywile (są to tylko szacunki, z uwagi na brak dokładnych danych i możliwości ich weryfikacji; nie udało mi się niestety ustalić, czy w tej liczbie ujęte są ofiary zestrzelonego samolotu pasażerskiego), a około 3,5 tys. zostało rannych. Z uwagi na bezsprzeczny udział Kremla w tej tragedii (m.in. wsparcie militarne dla separatystów, wysyłanie na Ukrainę żołnierzy rosyjskich sił specjalnych), przywódcy państw unijnych zdecydowali się (głównie pod presją Stanów Zjednoczonych oraz własnej opinii publicznej) na wprowadzenie różnego rodzaju sankcji wobec Rosji. Decyzja nie była łatwa, ponieważ sankcje są „obusieczne” i godzą również w nasze gospodarki. Jednak konkluzja była taka, że musimy zdobyć się na pewne wyrzeczenia, aby pokazać, że nie godzimy się na bezprawne ataki jednego państwa na inne, ani tym bardziej na zabijanie cywilów. Kroplą, która przelała czarę goryczy było oczywiście zestrzelenie samolotu pasażerskiego. I dopiero to w zasadzie było impulsem do bardziej zdecydowanych działań Brukseli.
Ale czy zło, które jest daleko od nas jest mniejszym złem od tego, które jest blisko? Czy zabicie dziecka koło naszego podwórka jest większą zbrodnią niż takie samo zabójstwo 1000 kilometrów dalej? Czy kara za to samo przestępstwo może być różna w zależności, kto to przestępstwo popełnia? Oczywiście, że tak! I to przy biernej aprobacie całego świata! I pod okiem przywódców tzw. Zachodu, który rości sobie prawo pełnienia roli orędownika demokracji i praw człowieka. I to wszystko popierane przez laureata pokojowej nagrody Noble’a – prezydenta USA.
Miejscem tragedii jest państwo o nazwie Palestyna, a konkretnie jego część – Strefa Gazy (od nazwy miasta Gaza). Właśnie tam w ciągu ok. miesiąca zginęło prawie 2 tys. osób, z czego jedna czwarta to dzieci. 10 tys. osób zostało rannych, 300 tys. osób straciło domy, zostało zniszczonych 150 szkół (w tym placówki zarządzane przez ONZ), zbombardowane zostały szpitale, jedyna w tym regionie elektrownia, 65 meczetów oraz większość infrastruktury (m.in. wodociągi). Kto jest sprawcą tej tragedii? Państwo Izrael. Jest to kraj, który powstał po II Wojnie Światowej na terytoriach zamieszkanych przez Palestyńczyków oraz tamtejszych Żydów (nie tych europejskich, tylko mieszkających od wieków na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej i zasymilowanych z Arabami). Dlaczego Izraelczycy bombardują palestyńskie miasta? Powodem podawanym przez władze w Tel‑Awiwie jest obrona własnego kraju przed ostrzałami rakietowymi ze Strefy Gazy (czasem także porwanie przez Palestyńczyków trzech izraelskich nastolatków). Jednak faktycznie Izrael rozpoczął ofensywę w czasie, gdy nie miały miejsca żadne intensywne ataki ze Strefy Gazy. Żydowska armia ostrzeliwuje palestyńskie miasta, ponieważ chce wytępić członków palestyńskiej organizacji Hamas (to aktualnie jest oficjalnym powodem kontynuacji walk przez Tel-Awiw). To ugrupowanie (przez szereg państw na świecie uznane za terrorystyczne) wygrało w 2006 roku w demokratycznych wyborach w Gazie (Palestyna składa się też aktualnie z części nazywanej Zachodnim Brzegiem Jordanu ze stolicą w Ramallah i rządzonej przez ugrupowanie Al‑Fatah/PLO/OWP i prezydenta Mahmuda Abbasa / Abu-Mazin; obie części nie są ze sobą fizycznie połączone – oddziela je terytorium Izraela). Po tym zwycięstwie Izrael zaatakował Gazę i urządził piekło podobne do dzisiejszego. Od tamtego czasu Żydzi blokują dostęp do Strefy Gazy (zarówno ruch osób jak i towarów i usług) i okupują jej terytorium. W związku z tym mieszkający tam Palestyńczycy nie mają kontaktu ze światem zewnętrznym, ani możliwości handlu z zagranicą – m.in. importu niezbędnych do życia produktów (np. leków, czy materiałów budowlanych). Jakby tego było mało Żydzi od miesiąca zrzucają bomby na ludność cywilną, niszczone są całe osiedla i zabijane całe rodziny. Zbombardowane zostały np. szkoły prowadzone przez ONZ, przyjmujące rodziny, które uciekły przed bombardowaniami i straciły swoje domy. Warto dodać, że osoby z ramienia Organizacji Narodów Zjednoczonych codziennie informują władze i armię izraelską, podając dokładne koordynaty takich budynków w celu uniknięcia bombardowania. Przekazują też informacje o trasach przejazdu karetek, aby nie zostały one ostrzelane przez izraelskie wojsko. Nic to jednak nie dało i wiele obiektów zostało i tak zrównanych z ziemią. Najpierw, jako powód podano, że ukrywali się tam bojownicy Hamasu, a potem, że stamtąd zostały wystrzelone rakiety i Izrael tylko kontratakował. W jednym z programów pracownik ONZ ze łzami w oczach błagał Izrael, żeby ten przestał ostrzeliwać ich placówki. Bez skutku. Szpitale natomiast (wiem o dwóch, ale może było więcej) zostały zbombardowane rzekomo przez pomyłkę. W przypadku jednego z nich, izraelskie wojsko „pomyliło się” dwukrotnie w odstępie kilku dni (mimo alarmów Palestyńczyków i ONZ po pierwszej „pomyłce”). Tel-Awiw broni się, mówiąc, że ostrzega wcześniej mieszkańców terenów gdzie mają być bombardowania, aby ci zdążyli uciec - robi to za pomocą rac wystrzeliwanych nad zagrożonymi rejonami. Nie mówi jednak o tym, że takie bombardowanie następuje błyskawicznie po alarmie, więc nikt nie zdąży nawet wyjść z domu, a zwłaszcza śpiący w środku nocy ludzie, którzy nie są w stanie zobaczyć wystrzeliwanych rac (bo śpiąc, mają oczy zamknięte – logiczne, prawda?). Izrael każe tym ludziom przenosić się w inne rejony, jednak ci nie mają dokąd uciekać. Strefa Gazy ma powierzchnię 360km² i jest zamieszkana przez ponad 1,8 mln ludzi, o ile mi wiadomo – najgęściej zaludniony obszar na świecie (ponad 5 tys. osób na 1km², dla porównania w Warszawie jest to 3,3 tys. na 1km²).
Wymieniać okropności można by jeszcze długo (zdjęcia mówią same za siebie). Nikt jednak z naszych przywódców nie przejmuje się Palestyńczykami. Nikt nie nakłada sankcji na Izrael, mimo że ten notorycznie łamie wszelkie przyjęte na świecie zasady humanitaryzmu (m.in. poprzez stosowanie zakazanych typów broni i pocisków w wojnie z Palestyną i z Libanem). Łamie prawo międzynarodowe (nielegalna budowa osiedli żydowskich na terenach Palestyny oraz wywłaszczanie z ziemi Palestyńczyków), nie jest sygnatariuszem Konwencji o Nierozprzestrzenianiu Broni Atomowej, chociaż takową posiada, nie przyznaje się do tego i odmawia jakiejkolwiek współpracy z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej. Warto przypomnieć, że za lżejsze przewinienia (praca nad energią jądrową i odmowa kontroli przez MAEA) Iran został objęty praktycznie wszelkimi możliwymi sankcjami przez cały zachodni świat. Ten sam Iran, który nigdy nie zaatakował żadnego państwa, nie wspiera Al-Kaidy, jak się często próbuje wmawiać (z prostego powodu – Al-Kaida to Sunnici, a Irańczycy są Szyitami), ani nie jest „producentem” terrorystów. Jednak to Iran, a nie Izrael jest od wielu lat izolowany przez tzw. demokratyczny świat.
Zatem możemy mieć tylko nadzieję, że i w tej wojnie zostanie przypadkowo zestrzelony jakiś samolot z Europejczykami na pokładzie. Bo chyba tylko to będzie w stanie zwrócić uwagę zachodniego świata na zbrodnie popełniane przez Izrael od wielu lat. Zbrodnie przeciwko ludzkości, których ofiarą jeszcze niedawno byli sami Żydzi. Dziś to Benjamin Netanyahu ze swoją świtą malują historię swojego państwa brunatnym kolorem. W dalszym ciągu bezkarnie…

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Wysoki Przedstawiciel Putin

W ferworze walk na Ukrainie i politycznych kłótni odnośnie naszej kiepskiej polityki zagranicznej, trwają rozmowy na temat obsady kluczowych stanowisk w Unii Europejskiej. Pojawiały się nawet głosy o dużych szansach naszego szefa dyplomacji na analogiczną do aktualnie zajmowanej, posadę we Wspólnocie Europejskiej. Jednakże, po kolejnych już rozmowach (tym razem jawnych) Moskwy z Berlinem i Paryżem, widać, że nieistotne jest, kto zostanie Wysokim Przedstawicielem Unii do Spraw Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa. Tymi sprawami w Unii i tak kieruje prezydent Putin, chociaż oficjalnie żadnego stanowiska w organach Wspólnoty nie zajmuje. To jednak w niczym mu nie przeszkadza, a może i wręcz pomaga, bo nie musi zważać na umowy i traktaty łączące kraje członkowskie UE. Nigdy nie rozmawia z Unią, jako sojuszem 27 państw, tylko wybiera z tego grona partnerów, których uważa za godnych do rozmów. A wybrańcy chętnie siadają do stołu skuszeni widmem korzyści, oferowanych przez to największe państwo świata. Pokusa jest tym większa, że jest to okazja wynegocjowania korzyści dla własnego kraju, bez konieczności trudnych rozmów z własnymi sojusznikami i zawierania kłopotliwych kompromisów. I tak do pokera (lub jak kto woli – rosyjskiej ruletki) chętnie zasiadają Włosi, Węgrzy, Bułgarzy, Niemcy i Francuzi. Każdy patrzy jednak w swoje karty i ani myśli dzielić się żetonami. I każdy obstawia za swoje, bo przecież czeka na inne karty niż pozostali gracze – jeden do „straight’a”, inny – do „full’a”, a kolejny zadowoli się choćby i „trójką”, wiedząc, że nic lepszego i tak nie ugra.
I dlatego błędy polskiej dyplomacji nie polegają na słabej determinacji, aby dopchać się do stołu z kartami – jak to wytyka rządowi opozycja. Polska powinna zatroszczyć się już dawno o własny stół, za którym zasiądą z nami po jednej stronie inni gracze, z którymi wspólnie będziemy ogrywać przeciwników. A tymczasem przez 25 lat III RP nie byliśmy w stanie sformować żadnego sensownego i trwałego sojuszu politycznego. Bo Unię Europejską możemy uważać wyłącznie za pogłębioną strefę wolnego handlu. A strategiczne interesy poszczególnych państw oraz stosunek do wydarzeń zachodzących na wschodzie Europy, dość mocno się rozmijają. Bo po co na przykład Węgrom silna Ukraina, która będzie lekceważyć węgierską mniejszość? I czy pozycja Niemiec i Francji ucierpi w związku z aneksją części tego 45-milionowego kraju przez Federację Rosyjską? Może jednak łatwiej będzie negocjować warunki stowarzyszenia z okrojoną i dużo słabszą (na dodatek wystraszoną) Ukrainą? Byłby to dużo mniejszy rynek zbytu dla krajów Unii, ale jednak łatwiejszy do kontrolowania i zapewne bardziej stabilny w tej okrojonej prounijnej wersji. Rosja pod rządami Putina też jest dla Berlina i Paryża opcją lepszą niż jakakolwiek inna w tej sytuacji. Bądź, co bądź jest to kraj względnie stabilny, co czyni z niego dobrego partnera handlowego. Znacznie słabiej rozwinięty od Francji i Niemiec, dzięki czemu struktura wymiany handlowej jest korzystna dla tych ostatnich. Zatem będą one skłonne oddać Moskwie Krym i część wschodniej Ukrainy w zamian za spokój i dalszą owocną współpracę gospodarczą. A jeśli przy okazji uda się im uzyskać casus beli wobec Kijowa, to i tak mogą świętować sukces. Ponieważ będą to „przyjacielskie” uzgodnienia z Kremlem, zamiast „wrogich” posunięć w postaci Partnerstwa Wschodniego.
A zatem co Polska może zrobić w tej sytuacji? Otóż należałoby opłukać twarz zimną wodą, a potem rozejrzeć się dookoła. Nikt na zachód od Odry nie ma spójnej z naszą strategii politycznej, bo i sytuacja geopolityczna państw tzw. starej Unii jest nieporównywalna z polską. UE nie posiada wspólnej ani spójnej strategii wobec państw trzecich. Dawna Grupa Wyszehradzka też jest dzisiaj tworem bezsensownym. W tej sytuacji wydaje się oczywiste, że naturalnymi sojusznikami mogłyby być kraje nadbałtyckie (Litwa, Łotwa, Estonia i może Szwecja). Do tego mogłaby dołączyć Słowacja. Nie licząc Szwecji, Polska byłaby w tym sojuszu największym i najsilniejszym państwem i mogłaby zacząć odgrywać znaczącą rolę w tej części Europy. Co więcej w takim aliansie bylibyśmy silniejszym partnerem do rozmów z Moskwą. Kolejnymi członkami takiego nowego Partnerstwa Wschodniego mogłyby się stać Gruzja i Turcja. A obserwując zacieśnianie relacji Armenii z Rosją (zgłoszenie chęci akcesji Erywania w Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu) oraz ostatnie starcia o Górski Karabach z Azerbejdżanem, kolejnym klockiem układanki mogłoby zostać Baku. Zwłaszcza pod namową Ankary. A pierwszym krokiem w tym kierunku może być lobbowanie na rzecz akcesji Turcji do UE, w czym bylibyśmy pionierem. I zagralibyśmy nieco na nosie Niemcom, którzy już wielokrotnie godzili swoimi działaniami w naszą rację stanu.
Nasz sojusz ze Stanami Zjednoczonymi jest tylko kwestią prestiżu, ponieważ jakkolwiek nasze cele są podobne, to priorytety kształtują się już zupełnie inaczej (aktualnie dla Amerykanów ważniejsza jest wojna domowa w Iraku). Dlatego warto podjąć szerszą współpracę z państwami, które podobnie patrzą na te same problemy. Zwłaszcza, że Rosja pod rządami Putina staje się coraz silniejsza i nie kryje ambicji, aby stać się, obok USA i Chin, czołowym decydentem w relacjach międzynarodowych. Żeby to osiągnąć, musi stale wzmacniać swoją pozycję i będzie to robić kosztem innych państw. Dzisiaj Moskwa układa się z Berlinem i Paryżem w sprawie Ukrainy, jutro może to być Mołdawia, Gruzja, Azerbejdżan… Pojutrze władze na Kremlu mogą chcieć przetestować spójność i lojalność wewnątrz Sojuszu Północnoatlantyckiego. Ktoś podłoży własną głowę za to, że Niemcy, Francuzi, Amerykanie, czy Brytyjczycy staną wspólnie z nami do walki? Czy nie przehandlują naszego bezpieczeństwa w zamian za pokój? Nikt jeszcze nie testował działania NATO w praktyce.

Trzeba zatem samemu zadbać o własne bezpieczeństwo na wszelkie możliwe sposoby. Poszukać prawdziwych sojuszników, stworzyć i wspierać rodzimy przemysł wojskowy i bacznie obserwować i reagować na to, co dzieje się dookoła. Pakt Północnoatlantycki to tylko kawałek papieru tak, jak gwarancje niepodległości Ukrainy. Sam papier nie ochroni nas przed kulami.

środa, 2 lipca 2014

Pokój, czy kapitulacja?

Media trąbią dzisiaj o negocjacjach w sprawie zawieszenia broni na Ukrainie, trzymając kciuki za powodzenie rozmów Kijowa, Moskwy, Berlina i Paryża. Jakkolwiek pokój i dialog zawsze powinny być celem w każdym kryzysie i konflikcie, to jednak czasem trzeba o nie najpierw zawalczyć. W aktualnej sytuacji takie rozmowy mogą prowadzić do kompromisu, w którym Ukraina będzie zmuszona do poważnych wyrzeczeń w zamian za pokój. Który zresztą nie będzie dany raz na zawsze, a poniesiony koszt stanie się już faktem. Mówiąc wprost, Niemcy i Francja „oddałyby” Rosji wschodnią część Ukrainy, aby doprowadzić do stabilizacji regionu, co później będą mogły przedstawić, jako swój sukces. To „oddanie” oczywiście nie musi (i najpewniej nie będzie) wyglądać, jak w przypadku Krymu, ale może przyjąć kształt podobny do sytuacji w Mołdawii (mołdawskie Naddniestrze formalnie nie jest osobnym podmiotem państwowym, jednak nie jest też kontrolowane przez Kiszyniów, stacjonują tam rosyjskie wojska, a władze w Tyraspolu uważają się za niezależne).
               Obecnie wskazane byłoby kontynuowanie zdecydowanej ofensywy Kijowa przeciwko rosyjskim separatystom. Konieczne jest wyeliminowanie, rozbicie, czy też rozwiązanie wszelkich „niepaństwowych” grup zbrojnych. Istnienie takich organizacji uniemożliwia sprawowanie kontroli nad krajem i mocno podkopuje autorytet władz ukraińskich. Dopiero po wykonaniu tego niełatwego zadania będzie można zasiąść do stołu rozmów z przedstawicielami grup chcących większej decentralizacji Ukrainy. Nie można natomiast całkowicie stłumić, a tym bardziej lekceważyć ruchów separatystycznych, ponieważ wtedy zaczną się konsolidować i staną się groźniejsze (w sytuacji zagrożenia i presji po prostu nie będą miały innego wyjścia). Decentralizacja odbywałaby się pod kontrolą Kijowa, a gdy we wschodnich regionach i na granicy z Rosją ukraińska armia zajmie miejsce nielegalnych bojówek, Moskwa będzie miała ograniczony wpływ na przebieg wydarzeń. Ukraina nie może pozwolić na funkcjonowanie zbrojnych ugrupowań niezależnych od rządu w Kijowie (zarówno rosyjskich separatystów, jak i ukraińskich nacjonalistów). Najdobitniejszym przykładem jest sytuacja w Iraku, gdzie aktualnie część kraju przejęły sunnickie bojówki. Ich siła wzięła się z poczucia dyskryminacji wśród mniejszości sunnickiej po interwencji wojsk amerykańskich i brytyjskich. Po obaleniu Saddama Husajna (sunnity) Amerykanie chcieli jak najszybciej ustabilizować sytuację w kraju i zgodzili się na powstanie licznych szyickich ugrupowań zbrojnych (np. stworzona przez Muqtadę al‑Sadra armia Mahdiego, która dziś dumnie paraduje ulicami Bagdadu). Te z kolei wzięły odwet na rządzących do niedawna sunnitach, co zmusiło tych ostatnich do mobilizacji i samoobrony w postaci własnych ugrupowań zbrojnych. To samo może mieć miejsce na Ukrainie, gdy władze centralne pozwolą na formowanie się bojówek, które będą się wzajemnie zwalczały. Konsekwencją będzie włączenie się w walkę całych grup społecznych (w tym wypadku ukraińskich Rosjan z nacjonalistami) i piętrzenie się wzajemnych krzywd i nienawiści.
               Kluczową sprawą jest w tym wypadku dialog pomiędzy wszystkimi grupami na Ukrainie (mam tu na myśli ugrupowania polityczne, grupy etniczne, wspólnoty religijne, etc.) i oczywiście podział władzy, który jest nieunikniony. Od władz w Kijowie zależy wyłącznie to, w jaki sposób te procesy będą przebiegać. Gdy któraś z grup poczuje się dyskryminowana, zacznie walczyć z władzami centralnymi, co doprowadzi Ukrainę do punktu, w którym jest dzisiaj. Moment na zdecydowaną walkę z bojówkami i następnie dialog wydaje się być idealny. W powszechnych wyborach został wybrany prezydent, które nie jest identyfikowany z żadnym ze skrajnych ugrupowań. A na starcie ma okazję pokazać siłę i zdecydowanie, co będzie go legitymizować w oczach społeczeństwa, jako wystarczająco silnego do rządzenia krajem. Później jednak musi pełnić rolę mediatora, który nie będzie się opowiadał po żadnej ze stron, mając jedynie na względzie jedność państwa i stabilizację. Tu po raz kolejny przestrogą może być Irak, gdzie premier Nuri al‑Maliki (szyita) wyraźnie wspierał ugrupowania szyickie, dyskryminując zarówno sunnitów, jak i Kurdów (którzy w znacznej mierze przyczynili się do szybkiego obalenia Saddama). Taka polityka doprowadziła do sytuacji, w której władze centralne nie kontrolują już kraju, a jedynym ratunkiem jest pomoc z zewnątrz (z USA lub z Iranu).

I to ponownie doprowadzi nas do punktu wyjścia, kiedy o losach Ukrainy będą decydować Niemcy, Francuzi, Rosjanie, Amerykanie… A wszyscy oni będą widzieć przyszłość Ukrainy przez pryzmat własnych interesów, które niekoniecznie muszą być tożsame z interesem samych Ukraińców. Zwłaszcza, że oni również są w tej kwestii podzieleni.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Wiadomości z ostatniej chwili!

Wiadomości z ostatniej chwili podane przez agencję AP (Absurd Press):
  • Przywódca Korei Północnej, Kim Dzong Un złożył skargę do Międzynarodowego Trybunału Praw Człowieka na własne społeczeństwo. Jest zażenowany faktem, że ludzie wciąż zbyt dużo jedzą i w związku z tym w państwie szerzy się głód. W dodatku za mało płaczą na widok obrazu Kim Ir Sena, co ma bardzo negatywny wpływ na rozwój kraju.
  • Władze syryjskie donoszą do ONZ na swoich obywateli, że bezprawnie uchylają się przed strzałami wojsk rządowych. Mieli też czelność chować się w piwnicach podczas niedawnego ataku chemicznego. Przedstawiciel władz wyraził ubolewanie nad bezmyślnością i nieodpowiedzialnością własnych obywateli, którzy uniemożliwiają skuteczne realizowanie polityki rządu, mającej na celu szybkie zakończenie konfliktu.
  • Przywódcy islamskiej sekty Boko Haram wytykają rządowi Nigerii fatalną politykę w dziedzinie transportu publicznego. Ich zdaniem doprowadziło to do stosunkowo niskiego zainteresowania obywateli korzystaniem ze środków komunikacji publicznej. To z kolei spowodowało, że w wyniku przeprowadzonego ostatnio przez tę organizację zamachu na dworcu autobusowym zginęło jedynie 200 osób (pesymiści twierdzą nawet, że tylko ok. 70). Jednocześnie Boko Haram zaapelowało, aby państwo było lepiej przygotowane do następnego zamachu.
  • Watykan wyraził oburzenie wobec oskarżeń wysuwanych przez ofiary pedofilii księży katolickich. Domaga się ich potępienia przez międzynarodową opinię społeczną. Twierdzi, że są nieuprawnione, gdyż Watykan nie ma w swoich kodeksach definicji takiego przestępstwa. Jednocześnie przedstawiciele Stolicy Apostolskiej wykazują duży spokój, apelując do ofiar o powściągliwość w imię miłości bliźniego.
  • Przedstawiciele zbrojnych grup rebeliantów w Republice Środkowej Afryki żądają potępienia działań władz oraz pokojowych sił międzynarodowych, które bezprawnie próbują z nimi walczyć. Takie działania skutecznie uniemożliwiają zabijanie cywilów, którzy i tak są trudnym celem, ponieważ dość szybko emigrują do sąsiednich państw.
  • Władze rosyjskie zaapelowały do członków ONZ o potępienie rozpoczęcia przez rząd ukraiński akcji antyterrorystycznej skierowanej przeciwko rosyjskim dywersantom z oddziałów GRU. Moskwa uznała działania władz ukraińskich za niekonstytucyjne. Nie trzeba dodawać, że taka akcja jest ewidentnie wymierzona w konstytucyjną zgodę rosyjskiej Dumy dla prezydenta Rosji na użycie siły na terytorium Ukrainy. Społeczność międzynarodowa może mieć jedynie nadzieję, że Ukraina zacznie wreszcie postępować honorowo i pozwoli siłom rosyjskim w spokoju wyznaczyć nową granicę między obydwoma państwami.

Putin? Business as usual!

W miarę jak konflikt na Ukrainie przechodzi kolejne etapy i opinia publiczna jest już całkowicie przekonana, że Rosja odgrywa w nim rolę mąciwody, nikt nie wspomina o tym, jakie interesy może w ten sposób realizować. Przedstawia się prezydenta Federacji Rosyjskiej, jako niezrównoważonego dyktatora, który niczym szalony czarodziej, w ekstazie ogląda w swojej szklanej kuli mapę odrodzonego Związku Radzieckiego. Wizja ta jest podpierana opinią kanclerz Niemiec oraz ciągłym przypominaniem słów samego Putina o „największej katastrofie geopolitycznej”, jaką miał być upadek ZSRR. Nie można się dziwić słowom prezydenta, gdyż na pewno lepszym rozwiązaniem dla Rosji byłoby utworzenie federacji wraz ze wszystkimi byłymi republikami radzieckimi, niż uzyskanie przez nie całkowitej niepodległości. W dodatku niektóre z tych nowych państw weszły w skład sojuszy (wojskowego – NATO i ekonomiczno-politycznego - UE), realizujących interesy sprzeczne wobec polityki Kremla.
Obraz szalonego dyktatora Putina jest bardzo daleki od rzeczywistości. Analizując jego działania (w zasadzie przez cały okres rządów – zarówno, jako prezydenta, jak i premiera), wyraźnie widać chłodną kalkulację i bezwzględny rozsądek w działaniu. Przerażające są jednak środki, których używa do realizacji swoich celów. Dzięki takim sposobom działania zachodnia prasa może przedstawiać rosyjskiego prezydenta, jako opętanego, nieprzewidywalnego potwora, który pod swoimi zakrwawionymi pazurami trzyma przycisk odpalający rakiety z głowicami nuklearnymi. Jednak rzeczywistość jest znacznie mniej spektakularna i dużo bardziej niepokojąca. Głównie ze względu na silną determinację i ogromną skuteczność dotychczasowych działań Kremla.
Taka właśnie bezwzględna polityka jest aktualnie prowadzona wobec Ukrainy. A celem jest utworzenie bezpiecznego korytarza transportu kaspijskiej ropy i gazu do Europy. Nie ma tu znaczenia rzekoma chęć odbudowania rosyjskiego imperium, ani tzw. korzyści wizerunkowe ekipy rządzącej wewnątrz Rosji. Przeciwnie takie posunięcie mogło mieć fatalne konsekwencje, głównie w relacjach z zagranicą. Jednak stawka jest zbyt wysoka by przejmować się przejściowymi problemami w sferze PR. Na szali wisi przyszłość Rosji.
Jak ważny jest stały i stabilny dostęp do surowców energetycznych najlepiej widać podczas wojny, gdy przemysł oraz działania wojskowe są uzależnione od regularnych dostaw ropy i gazu. W czasach pokoju najważniejsze okazuje się nie samo posiadanie zasobów surowców, ale możliwości ich eksportu. Istotny jest kształt sieci dystrybucji, gdyż od tego zależy wysokość marży. W uproszczeniu: najkorzystniej jest być monopolistą i sprzedawać swój produkt końcowym odbiorcom bez pośredników. Jednak surowce, tak jak każdy produkt trzeba przetransportować do odbiorcy i nie da się wtedy uniknąć choćby opłat za przewóz albo ryzyka związanego z transportem przez „obce” terytorium. Chyba, że kontrolujemy szlaki transportu. Dobrze wiedzą o tym Amerykanie i Brytyjczycy, a ta świadomość objawia się w kontroli nad Kanałem Panamskim (interwencja zbrojna USA w 1989r.), Kanałem Sueskim i cieśniną Bab el-Mandeb (interwencja W. Brytanii w 1956r. po nacjonalizacji Kanału przez prezydenta Egiptu), cieśniną Ormuz (pierwsza i druga wojna w Zatoce Perskiej, stała obecność amerykańskich baz wojskowych na Bliskim Wschodzie – m.in. Irak, Kuwejt, Oman, Arabia Saudyjska, Dżibuti) oraz w przyjaznych stosunkach USA i Izraela (do izraelskiego portu w Hajfie prowadzi jedyny ropociąg z Zatoki Perskiej bezpośrednio do Morza Śródziemnego). Ze szkoły pamiętamy, jak często mówiono o znaczeniu cieśnin Bosfor i Dardanele (jedyny szlak morski prowadzący z Morza Czarnego do Morza Śródziemnego). Rosja przez wieki prowadziła wojny z Turcją, aby móc kontrolować ten morski szlak handlowy i nie płacić za przewóz towarów przez cieśniny.
Drugą ważną kwestią umożliwiającą handel są różnego rodzaju umowy międzynarodowe. Wymienić tu należy traktaty europejskie (Unia Europejska) oraz porozumienie NAFTA. Jako alternatywę dla tych organizacji Rosja zainicjowała powstanie Układu o Budowie Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej, która jednak okazała się mało skuteczna (z wielu powodów, których nie mam sensu tu wymieniać). W atmosferze negocjacji USA i Unii Europejskiej na temat zawarcia największej na świecie unii handlowej (oraz amerykańskich planów zniesienia zakazu eksportu surowców energetycznych), Moskwa podjęła zdecydowane kroki. W trybie ekspresowym stworzyła Unię Celną pod własnym przewodnictwem. Wejście do tej organizacji Białorusi wydawało się oczywiste (tworzy z Rosją m.in. Państwo Związkowe), jednak musiało zostać wymuszone poprzez różnego rodzaju naciski ekonomiczne i polityczne. Po zastosowaniu wszystkich dostępnych środków, Rosja osiągnęła swój cel. Trzecim członkiem Unii został Kazachstan, istotny, jako producent surowców energetycznych. W tym wypadku akcesja wydawała się przejść gładko i bez oporów. W rzeczywistości Moskwa dość drastycznie przekonała Kazachstan, że jedyna droga sprzedaży surowców do Europy prowadzi przez terytorium rosyjskie.
Dowiadując się z mediów o wojnie Rosji z Gruzją z 2008 roku, po raz kolejny dostajemy informacje o wrogości prezydentów Putina i Sakaaszwilego, jako impulsu do wybuchu konfliktu. A jedynym trofeum Moskwy ze zwycięstwa miałyby być regiony Abchazji i Osetii Południowej. W tych regionach nie ma nic, co przyniosłoby Rosjanom jakiekolwiek wymierne korzyści. Kreml musi za to finansować ich gospodarki i rozwiązywać tamtejsze problemy polityczne i społeczne. Wojna w Gruzji była ostrzeżeniem i demonstracją determinacji rosyjskich władz. Aktualnie surowce z Kazachstanu mogą być transportowane na zachód albo przez terytorium Rosji (ropociągi CPC Tengiz-Noworosyjsk i Atyrau-Samara), albo przez Azerbejdżan i Gruzję (do portu w Baku i dalej ropociągiem Baku-Tbilisi-Ceyhan (BTC) oraz gazociągiem Baku-Tbilisi-Erzurum (BTE). Również Azerbejdżan może dostarczać surowce do Europy jedynie dwiema trasami: Baku-Machaczkała-Noworosyjsk lub BTC i BTE. Znamienna w tym wypadku jest m.in. niedawna modernizacja (podwojenie przepustowości) tego pierwszego ropociągu i zwiększenie przesyłu surowca z Baku do Rosji. Oprócz zysków ze sprzedaży ropy i gazu do Europy Kazachstan ma w tym też inny interes – musi zapewnić dostawy ropy do swojej rafinerii w Rumunii (właścicielem rafinerii jest Rompetrol, spółka-córka KazMunaiGaz). Oznaką podporządkowania się Astany wobec strategii Moskwy może być np. rezygnacja z budowy przez KazMunaiGaz z budowy rafinerii w gruzińskim Batumi.
Mając na uwadze istnienie dużych zasobów surowców w rejonie Morza Kaspijskiego (Kazachstan, Azerbejdżan, Turkmenistan) oraz ograniczone możliwości ich transportu na zachód, dochodzimy do konkluzji, że kluczowe staje się stworzenie i kontrolowanie tras przesyłu. W tym celu Rosja stworzyła projekt budowy gazociągu South Stream, który miałby zaopatrywać południe Europy w surowiec kaspijski. Siostrzany projekt został już z sukcesem zrealizowany na północy Europy w postaci gazociągu Nord Stream. Impuls do stworzenia South Stream dał projekt lobbowany przez Unię Europejską – gazociąg Nabucco. Miałby on przesyłać gaz do Europy z Turkmenistanu i/lub Kazachstanu do Azerbejdżanu (przez Morze Kaspijskie) i dalej przez Gruzję i Turcję. W ten sposób omijałby on Rosję. Aktualnie Moskwa może sprzedawać gaz tylko poprzez Białoruś lub Ukrainę. Projekt South Stream zakłada budowę rurociągu przez „środek” Morza Czarnego z miejscowości Beregovaya (niedaleko Noworosyjska) do Bułgarii i dalej na Bałkany i na południe Europy (i nawet do Austrii). Omijałby w ten sposób Ukrainę, jednak przebiegałby blisko Krymu. W dodatku gaz (zarówno z Rosji, jak i z Kazachstanu) dociera do Morza Czarnego poprzez gazociągi Blue Stream i Soyuz, a zatem przez wschodnie terytoria Ukrainy.
Rosja walczy więc o możliwość stworzenia monopolu dostaw surowców energetycznych do Europy. W przypadku budowy South Stream, europejski projekt Nabucco straci rację bytu. Aby Moskwa mogła zrealizować swoje plany, musi przejąć kontrolę nad Morzem Czarnym oraz wschodnią i południową Ukrainą. Chciała to zrealizować przez akcesję Kijowa do Unii Celnej. W związku ze sprzeciwem ukraińskiego społeczeństwa wobec takiego pomysłu, Kreml zdecydował się na rozwiązanie siłowe. Wynikiem jest aneksja Krymu i akcje dywersyjne na południu i wschodzie Ukrainy. Zamienny jest tutaj fakt, że w przypadku Abchazji i Osetii Południowej Moskwa nie zdecydowała się na wcielenie ich do Federacji (mimo wielokrotnych próśb władz abchaskich i południowoosetyjskich). Rosja po prostu nie ma w tym żadnego interesu. Wkroczyła do Gruzji, aby dać sygnał w regionie, że to Kreml kontroluje sytuację na terenie całego Kaukazu i żadne istotne decyzje nie mogą być podejmowane bez udziału władz rosyjskich. Inwestorom europejskim (zaangażowanym w projekt Nabucco) pokazała natomiast, że trasa przesyłu gazu przez Gruzję jest bardzo ryzykownym projektem.

Prezydent Putin realizuje zatem swoje plany bez względu na napotykane po drodze przeszkody. Wie przy tym na ile może sobie pozwolić i działa bardzo zdecydowanie. Jednocześnie świetnie realizuje „zasłonę dymną” w relacjach z zachodem poprzez swojego wirtuoza dyplomacji Siergieja Ławrowa. Prowadzi intensywny dialog ze społecznością międzynarodową, rzekomo w celu deeskalacji sytuacji na Ukrainie, jednocześnie dyskredytując działania władz ukraińskich oraz partnerów międzynarodowych. Tymczasem konsekwentnie realizuje swoją strategię, pokazując, że nie boi się gróźb ze strony NATO. Podczas gdy Rosja tworzy monopol w zakresie sprzedaży surowców do Europy, zachodni przywódcy boją się nawet przyznać, że w całym tym konflikcie i przeciąganiu Ukrainy z zachodu na wschód chodzi po prostu o pieniądze z handlu ropą i gazem. Ostatnio bardzo nieśmiało przyznali to Amerykanie wpisując na swoją „czarną listę” (chodzi o Rosjan i Ukraińców z zakazem kontaktów z obywatelami amerykańskimi) Igora Sieczina. Jest on szefem koncernu Rosneft’ (największa rosyjska firma naftowa), a do niedawna był też ministrem energetyki. Jest bardzo prawdopodobne, że był mocno zaangażowany w operację na Ukrainie, a może nawet jej strategiem. Swoją skuteczność udowodnił podczas likwidacji Jukosu. Rosnieft’ powstał właśnie z przejęcia majątku i złóż należących do koncernu Michaiła Chodorkowskiego (zresztą poprzez bardzo mgliste transakcje). Wygląda na to, że operacja na Ukrainie jest tylko taktycznym posunięciem w wieloletniej strategii tworzenia sieci produkcji i dystrybucji ropy i gazu, pod kontrolą rosyjskiej elity władzy. I podczas gdy europejskie media i politycy zajmują się analizą możliwych rozwiązań ukraińskiego konfliktu, Kreml działa według brytyjskiej dewizy „business as usual”.

niedziela, 13 maja 2012

W obronie wolności ... własnych


Bulwersujące zachowania i komentarze polityków (nie tylko polskich) to niby nic nowego, ale ostatnio cynizm, hipokryzja i lekceważące podejście do swoich obowiązków sięga zenitu. Pretekstem do zaprezentowania swojego politycznego refleksu stała się sprawa Julii Tymoszenko. Po pierwsze chciałbym zaznaczyć, że nie mam złudzeń, iż była premier Ukrainy została skazana dlatego, że jest głównym przeciwnikiem rządzącej Partii Regionów. Jednak jej niewinność jest rzeczą wielce wątpliwą. Zwolennicy pani Tymoszenko próbują przedstawić ją jako ludową bojowniczkę o wolność i prawdę. Nie trzeba jednak głęboko grzebać w jej życiorysie, aby przekonać się, że z ludowością ma niewiele wspólnego. Dużo się teraz mówi o oligarchach ukraińskich i ich bezsprzecznym wpływie na rządzenie krajem. Znaczna większość opinii jest negatywna. Tak czy inaczej z całą pewnością nie są oni głosem ludu. I Julię Tymoszenko można spokojnie ustawić w jednym szeregu z Rinatem Achmetowem, Dmytro Firtaszem i Wiktorem Pińczukiem. Na pewno nie jest ona ukraińskim wydaniem Lecha Wałęsy.
Do przewidzenia było to, że większość polityków spróbuje wykorzystać wyrok na Julii Tymoszenko, aby promować się jako obrońcy sprawiedliwości na świecie. Nie mnie oczywiście oceniać wyrok na byłej premier. Nie czytałem akt sprawy, nie mam odpowiednich kompetencji dla jej oceny. Wiem natomiast jedno – jeśli Tymoszenko podpisała umowy, które przyniosły szkody państwu ukraińskiemu, to powinna być osądzona z całą surowością. I wiem też, że skandaliczna wypowiedź prezydenta Komorowskiego o potrzebie zmiany ukraińskiego prawa tak, aby nie można było zastosować odpowiedzialności karnej wobec polityków, nie powinna mieć nigdy miejsca. Osobiście uważam, że takie zapisy prawne powinny być międzynarodowym standardem.
Politycy są politykami z własnego wyboru i z założenia mają działać dla dobra publicznego. Otrzymują bardzo wysokie uposażenia i liczne przywileje, ponieważ teoretycznie przyjmują na siebie ogromną odpowiedzialność, jaką jest współrządzenie krajem. Tymczasem w praktyce polskie prawo nie obciąża polityków żadną odpowiedzialnością za ich decyzje. Każdy człowiek odpowiada w pełni za swoje działania. Przykładowo zaciągam kredyt na zakup samochodu. Następnie moja firma zaczyna słabo prosperować i przestaję płacić raty kredytu. W najgorszym wypadku mogę za to znaleźć się w więzieniu. Moja decyzja – moje konsekwencje.
Natomiast decyzje polityków mają wpływ na życie milionów ludzi i funkcjonowanie całego kraju (a często także innych krajów). Jeśli rządzący podejmują błędne decyzje, to powinni za nie odpowiadać osobiście, a nie tylko politycznie. Dymisja i odprawa nie wydaje mi się karą adekwatną. Zresztą nawet odpowiedzialność polityczna jest fikcją. Ponieważ poseł, który nie został wybrany na kolejną kadencję, otrzymuje 3-miesięczną odprawę oraz szansę na pełnienie funkcji w ministerstwach lub radach nadzorczych. Przypomnę jeszcze, że politycy przy podejmowaniu decyzji mają praktycznie nieograniczone możliwości korzystania z porad ekspertów oraz sztabu doradców.
Nie chciałbym, aby moje słowa zostały odebrane jako gloryfikacja systemu prawa na Ukrainie, czy poparcie poczynań prezydenta Janukowycza. Jednak zapis o odpowiedzialności karnej za decyzje polityczne mógłby pozytywnie wpłynąć na standardy postępowań rządzących. Oczywiście jeśli będzie odpowiednio egzekwowany. Tymczasem słyszymy szokujące wypowiedzi ministra sprawiedliwości o zniesieniu kar dla polityków składających nieprawdziwe zeznania majątkowe. Powód? Prawie nie ma skazań za ten czyn. I tym sposobem wg ministra Gowina przepis jest martwy. W takim razie proponuje, aby gdy pewnego dnia „prawie nie będzie skazań” za morderstwo, to również znieśmy karę za to przestępstwo.

wtorek, 31 stycznia 2012

Amerykańskie gry wojenne


Dziennik „Washington Post” w poniedziałek zaczął bić na alarm – zdolności obronne NATO zostaną mocno osłabione! Chodzi o drastyczne cięcia w budżecie Pentagonu oraz praktycznie wszystkich państw europejskich. Zmniejszenie wydatków na armię w najsilniejszych krajach Sojuszu Północnoatlantyckiego jest efektem światowego kryzysu finansowego. W związku z problemami ze stabilnością finansów publicznych większości rozwiniętych państw świata (jednak nie tylko tych), władze podjęły oczywisty krok w celu zahamowania coraz większego zadłużenia.
Tymczasem amerykańska gazeta ostrzega przed negatywnymi skutkami takich decyzji. Straszy zwiększeniem się zagrożenia dla bezpieczeństwa państw Sojuszu. Dodatkowo przytacza ostrzeżenia ambasadora amerykańskiego przy NATO, że USA nie będą już tak hojnie finansować tego międzynarodowego sojuszu wojskowego. Jako przykład słabości militarnej Europy przytaczany jest przypadek blokady przestrzeni powietrznej podczas wojny domowej w Libii.
Jednak waszyngtoński dziennik nie precyzuje, przed jakimi konkretnie (nawet domniemanymi) zagrożeniami miałaby się Europa bronić. Śledząc na bieżąco wydarzenia na świecie, nie potrafię podać ani jednego przykładu. Bo ani Irak Saddama Husseina, ani Afganistan pod rządami Talibów nie był zagrożeniem dla Europy. Nie jest również zagrożeniem Iran pod rządami Ahmadinedżada i Khamenei. Ani Palestyna częściowo rządzona przez Hamas. Zagrożeniem nie jest także wykrwawiająca się, stojąca na grobem Korea Północna. Ani Kuba Raula Castro. To wszystko są „problemy” Ameryki. A pretensje w kierunku Europy, że Stany Zjednoczone finansują 75% budżetu NATO są szczytem bezczelności. USA będące najczystszym i najbardziej cynicznym wydaniem kapitalizmu nie angażują się (a tym bardziej nie finansują) żadnego projektu, który nie jest w ich interesie. Sojusz Północnoatlantycki służy wyłącznie interesom Amerykanów, a dokładnie amerykańskich koncernów zbrojeniowych. Gdyby finansowanie NATO z pieniędzy amerykańskich podatników nie dawało żadnych wymiernych korzyści, to ta organizacja już dawno by nie istniała.
Przed kim według „Washington Post” mielibyśmy się bronić? Który kraj na świecie może wystąpić zbrojnie przeciwko Europie? I w jakim celu? W dzisiejszych czasach wojna jest opłacalna tylko dla producentów uzbrojenia oraz usług i towarów „towarzyszących”. Jednak warunkiem jest to, że odbywa się na obcym terytorium.
Natomiast jeśli chodzi o zagrożenia dla Europy, to są to m.in. nadmierne zadłużenie państw, wzrost cen ropy i gazu, wewnętrzne niepokoje społeczne spowodowane pogarszającą się sytuacją gospodarczą. Zagrożeniem jest drastyczne spowolnienie rozwoju gospodarczego, wzrost bezrobocia i niewydolność systemów emerytalnych. Długo można jeszcze wymieniać, ale na żaden z tych problemów nie jest receptą wypełnianie arsenałów. Wręcz przeciwnie – zakup kosztownego uzbrojenia przyczyni się do szybszego upadku europejskich gospodarek. To samo spowoduje kolejna wojna na Bliskim Wschodzie (planowany amerykańsko-izraelski atak na Iran). Każdy konflikt w tym rejonie powoduje drastyczne zwyżki cen ropy i gazu. To natomiast napędza inflację, która pustoszy nasze portfele i zabija nasze gospodarki. To właśnie z powodu inflacji tak drogo kosztują nas kredyty – systematycznie podnoszone są stopy procentowe, aby zahamować wzrost cen.
Nie dajmy się namówić Amerykanom, abyśmy ratowali ich gospodarkę kosztem naszych! Brednie o grożących nam konfliktach zbrojnych można włożyć między bajki. Wszystkie aktualnie trwające konflikty na świecie mają miejsce z dwóch powodów – nabrzmiałych problemów ekonomiczno-społecznych oraz interwencji zbrojnych USA. Tych pierwszych nie rozwiąże się karabinem. Te drugie w ogóle nie mają być rozwiązane.